sobota, 14 czerwca 2014

21 - oooo, mogę wszystko!



Ostatnio skończyłem pisać szykując się na urodzinową imprezę ALOHA FROM DEER. To była naprawdę impreza grubszego pokroju, z której wróciłem o 12 w południe. Wszystko, co mogłoby się zdarzyć na imprezie, było. Bansy na DJce, aftery afterów, poranne szukanie taksówki, zgubiona orientacja w terenie… no mógłbym tak wymieniać bardzo długo, wszystko się działo i jeszcze raz dziękuję chłopakom za zorganizowanie takiego sztosa. Było elegancko! :)

Następny dzień to dzień uczenia się jak zdrowo się odżywiać - czyli bazarek i shopping na nim. Nauczyłem się robić dobrą owsianke, muszę kupić ten blender w końcu i będę robił różne fajne rzeczy. Mówię Wam, nazywam się Pascale. Miałem w ten dzień iść na obiad do sejmu, ale nie dałem rady czasowo… a szkoda, bo muszę w końcu tam iść, skoro by zjeść tam lunch, musi zostać podpisanych około 7 pism. 7 pism, by mógł wejść jeden człowiek, ciekawe. Wieczorem nadszedł czas na Orange Warsaw Festiwal. Koncerty jak to koncerty, najlepiej stać przed sceną, ja stety lub też nie, miałem miejsca w loży vipowskiej, gdzie dzwięk był no… niefajny. Tak czy siak przy Use Somebody skakałem jak opętany. Kingsi rozwalili scene tego dnia, Lily też dała radę, a na Snoopie niestety nie byłem. Po wszystkim do domu spać, bo rano trzeba było wyruszyć w trasę…

no i jestem, aktualnie znajduję się w busie już po pierwszym koncercie dzisiaj, w Grudziądzu. Była oczyście moc, energia i a… agreeeeesja! :) Super publczność, dość fajna scena i organizacja i sami organizatorzy bardzo mili. Teraz jadę do Braniewa na kolejną sztukę, mam nadzieję, że będzie ogień. W sumie… z Wami zawsze jest ogień, nawet gdy pada deszcz. Trochę boję się o gardło, bo dziś jak nigdy na koncercie zmęczył mi się głos… ale może dlatego, że mało spałem. Każdy z nas powinien spać 7 godzin, minimum. Jeśli organizm jest zmęczony, to głos też. To żywy instrument i trzeba mega o niego dbać, dlatego każdemu młodemu wokaliście, który marzy o długiej trasie koncertowej… trzeba się do tego przygotować. Minimum 2 litry wody dziennie, fajny inhalator, oliwa z oliwek do picia przed koncertem, jabłko przed i po no i najważniejsze. Solidna, bezpieczna rozśpiewka, nieprzemęczająca głosu. 

A jutro nagrywamy dla Was kolejny cover, podobny do tego:
https://www.youtube.com/watch?v=PshwqyjiWlU
a więć… szukajcie podpowiedzi w tym poście, he? :)

Trzymajcie się, za 20 minut zaczynam koncert, elo!

















            

czwartek, 12 czerwca 2014

20 - wait is over




Kolejny dzień bezcelowego chillu i załatwiania jakichś błachych spraw. Pojechałem po ciuchy do magazynu u Lesiaka (jak wiecie lub nie, jestem teraz na kilka dni bezdomny i śpię u Sary, hah), pojechałem odebrać, a raczej zamienić bilety na Orange Warsaw Festival, byłem na śniadaniu u Stefa, spotkałem się z Janją i Krzysiem na Lemoniade i na tym chyba koniec ważniejszych czynnośći dzisiejszego dnia. A nie, jeszcze jadłem kebaba. Tak, miałem dziś ochotę na kebaba, dziwne, prawda? Czekam tylko, aż już na stałe wprowadzę się do swojego mieszkania, kupię sobie blender i będę robił takie pyszności, że pozapraszam Was wszystkich. Dawid po prostu gotuj, wersja light. 


Wszystko wydawało się tak, jakby było już  porządku. Jakbym to, co miało stworzyć mnie kompletnym znalazł. Oczywiście wyszło jak wyszło i wciąż brakujący składnik przemieszcza się krok po kroku w przeciwnym kierunku. Ale to chyba nic złego, skoro wciąż jestem szczęśliwy? Może moja nabyta cierpliwość wciąż przesuwa mi granice zdesperowania? Mówiłem ostatnio Sarze, że strasznie boję jeździć skuterem, bo nie mogę skupić się na drodze. Moje oczy ciągle łapią dziwne sytuacje ludzi przejeżdżających obok, przechodzących na pasach, nie wiem… Jest to dziwne i nie chcę Wam dosłownie mówić o co chodzi, bo czułbym się jakbym wyeksplatował własne problemy, które staram się zawsze zostawiać dla siebie i sam sobie z nimi radzić. Zawsze wychodzi i wyjdzie i tym razem. Tylko może być to trochę trudnejsze niż zwykle. Ale…
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=8u965-x-l3w
i tyle w temacie.

Dziś tak przeanalizowałem sobię ostatni rok mojego jakże długiego życia, dlatego, że bodajże wczoraj minął rok od mojego pierwszego telewizyjnego wywiadu dotyczącego mojej twórczości w Dzień Dobry TVN. Przypomniałem sobię też obietnicę, którą razem z całą paczką moich przyjaciół sobie złożyliśmy. W któryś dzień, gdy każdy miał dosyć szkoły, uzgodniliśmy, że jak ktoś nie będzie miał pracy, będzie pracował u drugiej osoby w firmie, którą KTOŚ z nas musi otworzyć, w końcu było nas ok. 15 srających po gaciach licealistów. Teraz jestem kawał drogi od nich, w totalnie innej szkole, wyprowadziłem się od rodziców tak naprawdę będąc jeszcze niepełnoletni, zarabiam na siebie, zaczynam inwestować pieniądzę, kupuję mieszkanie, wyjeżdżam na wakacje za swoje pieniądze, a nie za pieniądze wyżebrane po babciach i dziadkach… na to wszystko wystarczył rok. A z 15stu srających to ja srałem najbardziej. Nawet nie wyobrażacie sobie ile godzin przesiedziałem nad wyborem kierunków studiów, ile gazetek przejrzałem i ile nachodziłem się na targi szkół. A ile nasłuchałem się nudnych, reklamujących się szkół. Nic, po prostu nic mi nie odpowiadało. Dlatego srałem. Wiedziałem, że nie nadaję się do żadnej innej pracy. Teraz tysiące ludzi na koncertach woła moje imię i gdy wychodzę na scenę, słyszę pisk, który potrafi przebić scianę. Nie chodzi o jaranie się tym, ale o sam fakt, jak życie potrafi zaskakiwać. I jak ważne jest to, by mieć marzenia i nawet najmniejszymi kroczkami typu "pośpiewam sobie dziś na ławce na rynku" iśc do przodu. 
Polecam, Dawid Kwiatkowski… a co do moich przyjaciół, to dzielnie walczą w szkołach by dostać się na upragnione studia, a już za troszeczkę więcej niż miesiąc będziemy razem balować nad morzem przez kilka dni, świętując naszą przyjaźń. Prawdziwą przyjaźń.


Z tematu kebaba przeszkoczyłem na zupełnie coś innego - ale to chyba cały ja i trzeba się do tego przyzwyczaić. Ogarnę jeszcze kilka maili, posprawdzam wszystkie skrzynki, zacznę się zbierać na impreze… A jutro na Orange Warsaw Festival. Tak bardzo żałuję, że Florence będzie śpiewała w drugi dzień, kiedy mnie już nie będzie… no ale dobra, będę śpiewał razem z nią, tylko kilkaset kilometrów dalej. 







środa, 11 czerwca 2014

19 - czuję się wyspany.

Pozdrowienia z pokoju Sary...

Wczoraj poszliśmy na impreze do Tomka Luberta z okazji premiery jego płyty. Miała być chwila, oczywiście zostaliśmy na "trochę" dłużej. Ogólnie after afteru był w przyjemnej knajpie, gdzie poznałem Małą i Kube z Warsaw Shore. Są naprawdę mega miłymi osobami, troche zadziornymi no i widać, że lubią imprezy - więc ściemą to nie jest, dementuje. Dementor JA. Ale chyba nie dałem się pochłonąć w wir imprez reprezentowanych przez nich. 

Rano budząc się, szybko wstałem, złapałem za telefon i zobaczyłem godzine. 14:02 - myślę sobie o ja pieprze, teraz to mam problem. Po chwili - przecież mam wolne, mogę spać ile chce… Nawet nie wiecie jak moją osobę cieszy takie uczucie. Uczucie luzu. Chociaż kocham koncerty i trase, fizycznie czase jest to kłopotliwe, nawet dla młodego, pryskającego energią ciała, lol. 

Byłem dziś tylko na jednym nagraniu co do hejterów - wyszło bardzo śmiesznie, zobaczymy po montażu, ale był to pierwszy wywiad, w którym nie musiałem się pod żadnym pozorem ograniczać. Zlejecie się, jak to zobaczycie, hahaha :) Po tym pojechaliśmy z Sarą zjeść coś do naszego ukochanego Bulldoga no i w końcu udało mi się zebrać dupę do kina na Czarownice. Film był idealny, moje klimaty sto pro. Andzia wspaniale wyglądała w tej roli, a cały scenariusz po prostu znakomity. Troszeczkę przewidywalne było to, że to Andzia będzie musiała ją pocałować, ale reszta mega w porządku. No i może jeszcze przyczepię się do tych skrzydeł, które Andzia mogła sobie machnięciem palca wyczarować, bo robiła większe rzeczy, no ale nie bo po co? Siedziała i ryczała, że nie ma skrzydeł. Taki żart, śmiejmy się razem.

Pojechaliśmy nad Wisłę zobaczyć co się dzieje, a tam więcej osób niż na Openerze. Dziś otworzyli tam kino na plaży, więc można miło posiedzieć, pooglądać i wpieprzać pianki z ogniska. No i było ciemno, czyli nie usłyszałem od nikogo, bym tańczył czacze. Hell fuckin' yeah!!! Mamy to.

Miałem już dziś nic nie napisać, ale zebraliśmy się wcześniej do domu i zdążyłem przed 00:00 - czyli systematyczność niezałamana. Zaraz jadę chyba z powrotem do tematu rzeka, bo umówiłem się z Antkiem Królikowskim na małe co nieco, ale też nie wiem, czy aż tak jestem kuszony by wyciągnąc dupsko z łóżka. 










wtorek, 10 czerwca 2014

18 - Warszawoooo, jestem!


Wczorajszy pobyt w hotelu był bardzo… ciekawy?  
Na początku nie mogłem się za bardzo ruszać, bo wchodząc do busa, trochę zostałem ztaranowany i piszczel ( w ręce, hah ) troche mam obity, podrapane łapy i siniaki, ale don't ya worry, love is in the air. 
Potem wszyscy weszliśmy na ostatnie piętro w hotelu i zrobiliśmy tam trasowe posiedzenie. Potem weszliśmy jeszcze wyżej (?) i każdy dziś ma rozwalone nogi, nie tylko ja. Piorunochrony potrafią być zabójcze  w nocy… aż w końcu przyszedł Pan ochroniarz i wszystko zepsuł.

W hotelowym pokoju poczułem się jakbym przez 2 tygodnie non-stop był na siłowni. Mój brzuch od śmiechu już nie wytrzymywał. Jak widzieliście na instagramie, to nie był mój śmiech. To był po prostu napad. Wrzosek z Sarą zaczęli się bić i wyzywać. Nie chcę tego wspominać, bo znów zacznę zwijać się po podłodzę. 

Co do podłogi, budząc się rano właśnie tam się znajdowałem, bo stwierdziłem, że plecy, które mnie bolały, wyzdrowieją i tak się stało! :) Właśnie wracamy do Wawy, mam trochę czasu na ogarnięcie maili i wiadomości. A gdy zobaczę mój skuter… chyba z niego nie zejdę. Będę jeździł wokół ronda, hahah.  Muszę też iść do kina na Czarownice z Andzią w roli głównej, can't fuckin' wait, czekałem na ten film odkąd powstał pierwszy trailer. In love. 

Dziś również miałem jeden, mały wywiad i z miłą Panią zacząłem rozmawiać o moim blogu. Padło pytanie, czy nie boję się tyle zdradzać, czy wstawiać prywatne zdjęcia z plaży czy tam z imprez. Kurcze, to blog o mnie. Blog o chłopaku, który ma 18 lat i wpieprzył się do show-bizu, z którego czasem lubi się śmiać. Imprezuję, bawię się, korzystam z życia, nie siedzę na dupie i nie czekam na farta w życiu. Nie boję się pokazywać jaki naprawdę jestem. Nie jestem grzecznym chłopakiem, przy czym jestem odpowiedzialny. Uprzejmie proszę to zapamiętać

Marzenia się nie spełniają,
marzenia się spełnia.

Dziś wyjątkowo bez zdjęć, miłego dnia… WARSAW!


poniedziałek, 9 czerwca 2014

17 - kolejny dzień trasy, Lublin i klub Graffiti! :)

Pobudka o 5 nad ranem i w drogę. Dziś gramy giga w Lublinie, w klubie, gdzie już jakieś 50 koncertów temu było nas można usłyszeć.  Dobrze wspominam ten kub, więc mega się cieszę. Zostajemy jednak na noc, dlatego, że chcemy trochę się zintegrować, o ile bardziej jeszcze można. 

Wczoraj przed snem zachciało nam się jeść. Restauracja hotelowa była już zamknięta, no to ubieramy buty i idziemy na jakąś rybę. Ostatecznie wszystko było pozamykane oprócz jakiegoś okienka na wiejskiej imprezie, gdzie można było zjeść cheesburgery, hamburgery, frytki… ogólnie gorszego jedzenia dawno nie jadłem, ale jeśli jest się głodnym… to zje się wszystko, chyba, przynajmniej tak sądziłem. Nieważne, nie chce mi się tego wspominać, hahah.  

Poszli spać i wyruszyli w podróż, którą całą przespałem na tylnich siedzeniach, czyli moim tronie.  I teraz jestem żywy. Mam siły na to, by dzisiejszy koncert został Wam w pamięci do końca życia. Gardło żyje, to najważniejsze. Mam nadzieje, że Wy też dacie z siebie wszystko. Od 7 rano  czekacie pod klubem… więc muszę Wam to jakoś wynagrodzić. 

Ostatnie dwa koncerty grałem z zastępczym składem, bo moi nie mogli grać, został tylko Łukasz i czułem się dość niebezpiecznie, choć muzycy zajebiści, no ale nie był to mój band, z którym na kiwnięcie palcem na scenie zmieniamy wszystko. Nawet nie wiecie i nie zauważacie ile rzeczy podczas koncertów sobie przekazujemy. Czy to wzrokiem, czy gestami… zmieniamy co chwile formy, dodajemy, odejmujemy, improwizujemy… ale wszystko się udaje, spontany są najlepsze. Teraz będę 3 dni w Warszawie, więc jeszcze zrobimy kilka prób, ogarniemy może aranże, stare czy nowe i będzie jeszcze większy wpiernicz. Liczę na to, że w przyszłym roku będziemy mieć tyle samo koncertów, co w tym. Jest idealnie. Pełno roboty, troszeczke czasu na odpoczynek, pełno wspaniałych miejsc do zobaczenia… Zawsze marzyłem o tym, by jeździć po Polsce i zwiedzać miasta w tym kraju. Stało się, tylko w tym roku byłem chyba w 100 miastach innych niż Warszawa czy Gorzów. Wiem, że następny rok, gdy pod koniec tego roku wyjdzie płyta, może być tak samo pracowity jak ten. Żadne programy, żaden lans, tylko na pierwszym planie muzyka. Muzyka i życie osobiste, ooo tak. Chyba, że jak to mówią pewne starsze Panie, jeden sezon i spieprzam stąd… pozdrawiam serdecznie :D

Za godzine udostępnie Wam cover, którego zapowiedź wczoraj wsadziłem już na instagrama… Jest to piosenka mojego dzieciństwa, zespół, który uwielbiam. I jest to moja obietnica dla Was. Dobrze wiecie jaka. Niech każdy, kto to czyta, gdy pojawi się na facebooku link, udostępni u siebie. Chcę obiecać to Wam wszystkim i chcę, by zobaczyło to jak najwięcej osób. Stoi? Stoi. Decyduję za Was, hahah. 


Stay tuned i bądzcie cierpliwi. Macie kilka zdjęć, niektóre wyglądają, jakbyśmy byli wklejeni… takie czary za kamerą robi Szymon :)







niedziela, 8 czerwca 2014

16 - smażing, plażing - czyli 9893tour - GDAŃSK!


Wczoraj, gdy skończyłem pisać bloga, poszedłem "spać". Nagle dziwnym trafem do pokoju trafiła pizza, mimo tego, że na dole była restauracja. Jedząc łososia z makiem, od reszty usłyszałem "dawaj na   pizze, a nie jakaś burżua"… no więc szybko wyciągnąłem się z łóżka, złapałem za szamę i jedząc pomyślałem sobie, że skoro w Pruszczu impreza trwa całą noc, a ja już jestem po koncercie, obok hotelu jest wesołe miasteczko - czemu więc tam nie iść?
Wiedziałem, że będzie to duże wyzwanie dla moich przyjaciół, dlatego wzięliśmy dodatkową ochronę, no bo już przed hotelem ktoś darł japeczke i krzyczał moje imię z dodatkiem kilku tłustych epitetów, niekoniecznie pozytywnych. 

Młot i samochodziki, takie atrakcje zaliczyliśmy. Igor wchodząc na młota modlił się i błagał, prosił, by go stamtąd wypuścić, że on już nie chce, że błaga… Zamknął oczy i ani razu nie otworzył, a jak zszedł, tak strasznie żałował, że dał się namówić… i to ja dostaje te epitety na klate?

Po wesołym zrobiliśmy sobie małą imprezke pod hotelem. Poznałem wielu fajnych ludzi, na przykład Grubsona, który jest naprawdę mega pozytywnym ziomkiem i kompletnie nie zgadzam się z tym, co niektórzy ludzie pieprzyli na jego temat. Więc ogarniamy tyły i martwimy się tylko o siebie. 
Sama impreza trochę wymknęła się spod kontroli, trochę bardzo… Była nawet karetka, nawet zanosiłem do niej kogoś na rękach, ale nic się nie stało, jest już w porządku, chyba? 
Wróciłem do pokoju i poszedłem spać. Rano czekała mnie "przeprowadzka" do hotelu z Pruszcza Gdańskiego do Gdańska. Muzycy pojechali na próbę a ja smażyłem dupsko na plaży. Było idealnie. Przyjaciele, piasek, woda. Szkoda, że już jutro o szóstej z rana muszę stąd wyjechać. Kocham być nad morzem i kocham trójmiasto, plaże, gofry i cebulaków.

Po plaży szybki ogar w hotelu, zadzwoniłem do mamy, wysuszyłem gacie za oknem i wyruszyłem na Ergo arene, gdzie miałem dziś koncert. Oczywiście nie ma co się rozpisywać o samym koncercie, bo było idealnie. Mordki ucieszone, śpiewające teksty piosenek, płaczące, kochające, wspierające. No i jak tu nie być szczęśliwym z życia? 

Jestem jednym, wielkim szczęściarzem.

Teraz siedzę sobie na trawie, piję herbate i korzystam ze świeżego powietrza. Chilling na trasie jednak też jest możliwy, ten stan mnie troche podnieca. No właśnie, a wczoraj chyba był światowy dzień seksu? Nikomu życzeń niestety nie złożyłem, ups.