4 dni, 3 noce - miało być inaczej. 4 noce, 5 dni… tak miało być. Mielno z najlepszą ekipą na świecie, moją ekipą, która wierzyła we mnie i wciąż wierzy. Czemu pojechaliśmy wcześniej? Typu… siedzieliśmy do poźna w domkach, rozmawialiśmy, biegaliśmy od jednego do drugiego, kłóciliśmy się, śpiewaliśmy, tańczyliśmy… po prostu myślę, że i ludzie, którzy byli tam prócz nas mieli nas dość i my już sami chyba nie mieliśmy kompletnie baterii. Skoro w ostatni dzień byliśmy w stanie wszyscy położyć się na sobie i powiedzieć głośno "jedziemy stąd" to był znak, że aloha team po prostu został zniszczony. Reasumując jednak, nie wiemy, które określenie bardziej pasuje do tych wczasów. Czy "Mielno nas zniszczyło", czy "To my zniszczyliśmy Mielno"… nie wiem, ale fajnie, że nawet kiedy do spartańskich warunków przyzwyczajeni nie jesteśmy, umieliśmy się tam odnaleźć i czuć się jak dzieciaki, które dostały godzinę w gratisie od rodziców na bycie z kumplami na ławce pod blokiem :) Polecam miejscówkę Kalifornia Camp w Mielnie, morze pół minuty od wyjścia z domku, a sklep za płotem czynny do nocy. Czego można chcieć więcej?
Niestety, dystans, który między nami zawsze gdzieś tam się pojawia (dlatego, że latam po tej Polsce jak wariat) załamuje czasem naszą przyjaźń. Nie jesteśmy już tak blisko siebie, nie wiemy wszystkiego, co się dzieje, nie zwierzamy się sobie już tak często… Po prostu nie ma jak. Przez SMS i rozmowy telefoniczne nie można wyczuć drugiej osoby. Sami wiecie jak bardzo różnią się rozmowy na żywo od tych przez telefon, to oczywiste. Oczywiście przyjaźnimy się nadal i są dla mnie wszystkim, mam nadzieję, że ja dla nich też… ale wiem, że nasza rozłąka trochę nam psuje niektóre sprawy… Nieważne, ten wyjazd był nam potrzebny, mogliśmy sobie wszyscy nawzajem podocinać i było śmiesznie. Już planujemy następne.
Teraz jestem w obozach w Krynicy. Przyjechałem w czwartek 31.07… podróż nie była łatwa. Mielno-Koszalin-Gdańsk-Warszawa-Kraków i dopiero Krynica. Dwa samoloty, pociągi i auta. 900 km pokonane w 6 godzin - nie jest źle. Komitet powitalny z Krakowa czekał na mnie na lotnisku, trochę się speszyłem słysząc pisk, gdy wchodziłem na terminal, a wszyscy ludzie takie małe whot the fuck?! WHO THE FUCK IS DAWID KWIATKOWSKI? No ale bardzo miło… dziękuję Wam :)
Jesteśmy już po pierwszym turnusie. To było coś niesamowitego. Wczułem się trochę w kadrowicza, dostałem kurtkę i koszulkę z napisem KADRA, no więc rządzę. Prowadzę z doniczkami wykłady, odpowiadam na pytania, nagrywamy razem teledysk, tworzymy piosenkę, oczywiście non-stop zmuszam wszystkich do śpiewania no i tak to wygląda :) Zresztą większość z Was widziała już chyba nasz pokaz finałowy? Jeśli nie, łapajta:
https://www.youtube.com/watch?v=dC08PcSKkq8
Myślę, że wyszło idealnie. Linia melodyczna wpada w ucho, tekst uderzający, nie jest za pozytywny, nie jest za smutny a teledysk… no po prostu świetny :) A Wy co sądzicie?
Trochę z innej beczki - wkurza mnie już ta fala hejtu ze strony mediów na moją osobę. Wkurza, co nie znaczy, że się tym przejmuje, po prostu wkurza. Najlepiej wziąc zdjęcia z basenu, z urodzin 4FunTV, z pierwszego od roku spotkania ze wszystkimi przyjaciółmi gdzie w tle leżą 4 piwa i podpisać wielkim, czerwonym napisem "KARIERA GO NISZCZY". Tak kochani, piwo z przyjaciółmi sprawi, że moje plany i spełnione już marzenia legną w gruzach. Przepraszam, co ja gadam… ja już jestem skończony :) A trochę poważniej… przykro mi, tak nie jest, wiem, że pewnie kilka osób na tym świecie by tego chciało, ale niestety - ubieram skarpety i lecę do salki, gdzie z moim bandem robimy już trzecią płytę. Pozdrawiam środkowym palcem - tylko teraz nie piszcie, że jestem wulgarny, bo się potne tępą łyżką po czole.




























