poniedziałek, 21 lipca 2014

28 - potrzaskane palce, grypa i praca - how?




i znów piszę do Was z drogi powrotnej do Warszawy.

Udało mi się kilka dni pobyć w Warszawie, załatwić kilka spraw i fajnie spędzić swoje imieniny. Tak, zdecydowanie były to najlepsze imieniny na świecie. Raz, że niespodziewajką, która weszła nagle do mnie do domu była Karla, dwa - był to dzień koncertu Ellie Goulding. Byłem, widziałem, po raz kolejny… był to o 200% lepszy koncert niż np. na Torwarze… może dlatego, że mniejsza miejscówa, a sami wiecie, że jak ciaśniej, to lepiej. Okej. Dała z siebie no takie 90% w porównaniu z innymi koncertami, ale nie dziwię się jej, upał, w którym śpiewała, był niesamowity, ja nie stojąc na scenie byłem cały mokry. Przed koncertem udało mi się z nią zobaczyć ( w tym miejscu wielkie dzięki dla Knorr ), zrobić zdjęcie i wymienić kilka zdań. Ellie pochwaliła moją koszulkę, ja podziękowałem jej za Figure 8, skoro to jedna z najbardziej wpływających na mnie piosenek, musiałem to zrobić… coś tam jeszcze i wyszedłem, miała mało czasu, zaraz wchodziła na scenę, a więc pobiegłem po coś do picia i na miejsce. No i co… początek koncertu i działo się dokładnie tak jak powinno, czyli pierwsza piosenka… Figure 8. Koncertu lepiej zacząć się nie da. Po samym koncercie mały after w Temacie Rzeka i spać.

Wskoczyłem też na jeden dzień, a raczej na jedną noc do Poznania na urodziny Remika, szefa mojej wytwórni. Wszystko działo się w Klubie Pacha, o którym już tam gdzieś wcześniej słyszałem, bo przecież Poznań blisko Gorzowa. Ogólnie wiadomo, nie moje klimaty - koszula i muszka, ale daliśmy radę, a pod koniec imprezy był taki sztos, że nie chciało się schodzić z parkietu. Później after u Macieja i szybko do auta bez sekundy snu, aby zdążyć na koncert w Czeladzi.

Sama Czeladź przywitała mnie chorobą, jakąś jednodniową grypą, nie mam pojęcia co się działo, pierwszy raz chyba tak się czułem. Rosołek, witaminy i sen - dziś czuję się lepiej. Koncert sztosik, pełno Was znowu… piękne plakaty, śpiewaliście tak, że dziś pewnie macie kłopoty z głosem, frekwencja sztosik… jeździcie po całej Polsce, to jest niesamowite. Dziękuję. Chciałem zostać na Margaret, ale poszedłem z chorobą do łóżka, ale nie było fajnie, nie polecam.

Kręciłem też reklame dla Garniera, jutro mam nagrywki do kolejnej reklamy, tym razem nie z Garnierem i nie z Pumą… ale z… dowiecie się w swoim czasie ziomeczki:)!
Trzymajcie się ciepło, see ya!


+ jak za 3 dni wyjadę na trasę, to do domu wracam 2 września. 2 albo 3. Fajnie nie?


























sobota, 12 lipca 2014

27 - po wakacjach wracamy do roboty, nie ma o… się :)



Ostatni post był pisany w Hiszpanii, gdzie przyjechałem by odpocząć, zebrać siły i słonej wody z morza. Wyszło oczywiście odwrotnie, ale i tak było ekstra. Codziennie teoretycznie robiliśmy to samo, praktycznie zmieniały się tylko godziny naszych wychodzeń, bo codziennie budziliśmy się coraz później. Co chwilę byliśmy na plaży, robiliśmy sobie pyszne tapasiki, kąpaliśmy się w idealnej pod względem temperatury wodzie, chillowaliśmy na skałach i opalaliśmy się. Trochę wyglądam jak murzyn, ale… https://www.youtube.com/watch?v=2nprtClCpWY .  Poznaliśmy masę nowych ludzi, których nawet imion nie znamy, więc sami je sobie stworzyliśmy. Recepcjonista z apartamentowca miał na imię Ferdzio, człowiek ze sklepu Bednarek, a reszta… już nie pamiętam. Wiem, że Ferdzio nas strasznie nie lubił, bo w nocy co chwilę walił nam w drzwi, a rano robił to samo, tylko, że kazał wyłączać nam budziki. Fajnie było, kocham noce na balkonach przy największych hitach ABBA i Janią obok. Nasze głosy idealnie do siebie pasują. Fajnie też, że spotkałem swoich friendsów z zeszłych lat (jestem w Lloret co rok), którzy strasznie mi pomogli z dojazdami, lożami w klubach czy parasolami na plaże (Janja jest wampirem i nie lubi słońca). A co najważniejsze, co nigdy sie nie zdarza,  bez problemów przebiegły nam odprawy na lotnisku, kupno bagażu i tak dalej… jak pamiętacie, ostatnio jedna osoba z nami nie poleciała i została na lotnisku, królewna Pilewicz. Już mamy zaplanowane kolejne wyjazdy, lecimy do Indii i do Grecji, ale to za jakiś czas…

Po 6 dniach wakacji wracając na scenę na pierwszy odstrzał poszło Władysławowo. W ogóle nie chciało nam się schodzić ze sceny mimo zmęczenia (dobrze wiecie, co dzieje się na koncertach i jak bardzo jest to wyczerpujące). Oczywiście wychodząc z hotelu zobaczyliśmy z 20 osób, które spały pod hotelem całą noc, by rano nas chociażby zobaczyć… Kochani. Zresztą tak samo było po wczorajszym koncercie w Zielonej Górze, już na biletowanym koncercie. To miasto zawsze było mi dość dalekie i bliskie zarazem, bo łączy nas żużel, a dzielą nas drużyny. Za to dziś gramy w Małomicach, kolejny z lubianych przeze mnie plenerów. Będzie sztosidło.

W międzyczasie zdążyłem sobie zmiażdżyć dwa palce drzwiami, być w szpitalu, potem z niego uciec, bo strasznie długo się czekało no i teraz sam je składam i się nimi opiekuję. Na dobre i na złe. Doktor Lubicz.

Już pod koniec lipca zaczynamy obozy muzyczne razem z Kompasem! Już nie mogę się doczekać. Pośpiewam Wam, Wy mi pośpiewacie, skomponujemy coś fajnego, moi muzycy pokażą Wam kilka fajnych sztuczek, mój nauczyciel śpiewu odkryje w Was taką przestrzeń, jakiej nigdy nie widzieliście. Będzie fajnie. Nie będę mógł z Wami być przez cały obóz, ale te 3-4 dni wykorzystam z Wami w stu procentach, to będzie Wasz najlepszy obóz ever, zobaczycie! :)

Już od kilku tygodni pracujemy z muzykami nad nową płytą… tak bardzo się cieszę, że będzie ona taka w stu procentach moja. Poprzednie też były, ale jako świeżak w profesjonalnym świecie muzycznym za bardzo się nie odzywałem, tylko śpiewałem i pisałem teksty. Teraz już sto procent mnie.

Przy okazji podrzucam Wam coś, co resztę śmieszy i mnie na początku również śmieszyło, ale tylko przez chwilę. To ludzie żyjący z kompletnym brakiem świadomości o swojej wartości… w sumie, głębiej w to wchodząc, chyba tą wartość mają zawyżoną, wróć!
Zobaczcie to i powiedźcie mi co o tym sądzicie, wiem, że niekulturalne jest wrzucać to na tak kulturalnego bloga, ale kurcze… i tak większość z Was już to widziała. Po prostu szkoda mi ludzi, a przeglądając ich kanał… fuck, what's wrong with this world.
https://www.youtube.com/watch?v=WzYpLCj97t4


Widzę Was dzisiaj pod sceną, będzie ogień, obiecuję. A wiecie, że jak obiecuję, to zawsze dotrzymuję słowa. See ya.

































środa, 2 lipca 2014

26 - po sterydach nie myślimy o robocie, co?

Ta czterodniowa trasa, podczas której zagraliśmy sześć koncertów, była dla nas strasznie stresująca. Już wyjeżdżając z domu nie czułem się najlepiej, a po koncercie w Lublińcu wiedziałem, że będzie hardcore. 

W Lubinie w szpitalu, gdzie z każdej strony słyszałem takie dzwięki jakie możemy usłyszeć w filmach typu ucinanie kończyn żywemu człowiekowi czy jakoś tak, no po prostu takie rzeczy się tam działy. Jakoś to przebolałem, dostałem zastrzyczki w dupe i tyle. Były to sterydy. Pierwszy raz w życiu wziąłem sterydy, chociaż od innych wokalistów słyszałem już, że takie rzeczy są czasami koniecznie, ale nigdy nie chciałem spróbować. Jak trzeba było, to wziąłem. Wolałem trochę przeboleć i zaśpiewać, niż odwołać koncerty, na które jeździcie tyle kilometrów. Wziąłem i tak bardzo małą dawkę, najmniejszą z możliwych, żeby nie było żadnych skutków ubocznych i w sumie starczyło mi tylko na koncert w Lubinie, a koncert w Zgorzelcu musiałem już grać na swoich siłach. Tak jak całą reszte, czyli Wrocław i Oleśnice musiałem nieść na swoich barach, chociaż wcale ich nie miałem. Najgorszy pod względem zdrowia był koncert w Oleśnicy, ale jak wyszedłem na scene pomimo tego, że każdy mówił, że mam tego nie robić, wiedziałem, że muszę po prostu dać z siebie wszystko. To było takie straszne miłe, gdy przed wyjściem na scenę słyszałem Was jak krzyczycie "Dawid, nie śpiewaj"… ale Was nie posłuchałem, przykro mi, hah :)

Po trasie pojechaliśmy do Gdańska, by nakręcić nowy videoclip do piosenki Nie zmienisz mnie. Nie mogę się doczekać, niektórzy z Was pewnie też… Jak widzieliście na instagramach, facebookach i innych portalach, działo się. Prócz śpiewania sobie też potańczyłem, więc było śmiesznie. Strasznie się wstydziłem. 

Teraz jesteśmy w Lloret De Mar, gdzie razem z ekipą zamierzamy odpocząć, nachapać się słońca, pójść na fajne imprezy i miło spędzić czas. Taki totalny chillout.  Tak naprawdę to nie wiem, czy ten wyjazd mnie zreklasuje, czy raczej pogorszy stan mojego zdrowia (co w tym mieście jest chyba bardziej możliwe), ale będę się cieszył chociażby z tych gorących nocy, spacerów i ludzi, bo ludzie ttu są naprawdę świetni. A może z kimś z Was się widzę?

Jednak życie w trasie koncertowej to nie tylko zabawa i frajda, ale też wielki stres, by nie zawieźć ludzi. Teraz już będę miał mega czuja na swoje zdrowie, będzie się mną opiekował najlepszy na świecie Bartek Caboń, który poniekąd uratował mi dupę i prowadzi ze mną lekcje śpiewu nie tylko na żywo, też na Skype… co wydawało mi się na początku śmieszne, ale teraz jest naprawdę spoko i mega pomocne. Naprawdę, jeśli zamierzacie śpiewać dość często, pijcie dużo wody, na pewno uczęszczajcie na emisje głosu (nigdy nie stawiajcie na swoją zajebistość, bo w momencie, kiedy nie będziecie mogli nic powiedzieć, a zdarza się to każdemu wokaliście w tym kraju, to ta zajebistość już Wam nie pomoże), musicie znaleźć co dla Waszego głosu jest naprawdę dobre, jakie środki naturalne Wam pomagają, pijcie dużo jajek, to śmieszne, ale pomocne, no i co najważniejsze, nie śpiewajcie *na siłę* podnosząc krtań, prawda Bartek? Ale to już taka podstawa z podstaw. Dobra, bo zachowuję się jak mistrz Zen, to takie początkowe rady dla początkujących śpiewaków, życzę Wam wszystkim takich tras koncertowych i takich kłopotów, bo obok tego kryją się zajebiste korzyści. Te dobre i tylko dobre, zdobyte nie na barkach innych ludzi :)

I dziękuję serdecznie Rudej z Red Lipsów i Natalii Szroeder za troskę nade mną i miłe rady, Ty Bartuś… jesteś mistrzem! :) 

Jak po koncercie bierzemy przypadkowych ludzi do busa ( tak też się stało w Szczytnikach ) i widzą, co tutaj się tak naprawdę dzieje, są w szoku i mega im się podoba. To jest jedna, wielka przygoda. W trasie, gdzie jedziemy do miasta na koncert, każdy siedzi na laptopie, zbiera siły, chłopaki łączą się na jednym serwerze i dzięki pomocy AK47 rozwalają sobie głowy, Bieber ( Szymon ) montuje filmiki z trasy, Igor puszcza różne koncerty i tańczy, Wrzosek liczy, wystawia i reguluje, realizatorzy rozmawiają o sprzęcie, a ja na swoich królewskich pięciu siedzeniach z tyłu rozkładam sobie koce, poduszki i ogarniam swoję sprawy. Co innego jest po koncercie… wtedy laptopy latają, AK47 pojawiają się nagle w naszych rękach, Igor już nie puszcza koncertów, tylko sam je robi, Szymon wszystko nakręca, Wrzosek udaje idiotę, albo po prostu pokazuje siebie, realizatorzy w sumie to latają po busie… no po prostu się dzieje. Rock'n'droll Panowie i Panie o którym marzyłem bardzo długo. Niestety z wiadomych przyczyn z niego korzystać mogę najmniej, martwiąc się o zdrowie, bo chłopaki sobie strunę w gitarze wymienią, ja swojej nie wymienie, więc cieszę się z ich szczęścia lekko przytupując nogą… jasne! :)
trzymajta się,
trochę się teraz odetne, wychodzę na śniadanie.